„To nie jest abstrakcja”. W pierwszej chwili deklaracja Sławomira Pawszaka zbija z tropu równie skutecznie, co Magritte’owskie Ceci n’est pas une pipe. A jednak dzieło Magritte’a rzeczywiście nie jest przecież żadną fajką, tylko olejnym obrazem na płótnie. I podobnie jest z obrazami Pawszaka, które wyglądają podobnie do dzieł malarstwa abstrakcyjnego, ale nimi nie są. Nie chodzi tu nawet o zapewnienia malarza, który mówi, że maluje ze zdjęć i odnosi się w obrazach do bardzo konkretnych fragmentów rzeczywistości. To fakt, który musimy przyjąć na wiarę. W malarstwie Pawszaka nie rozpoznamy motywów na poziomie, na którym możliwe stałoby się nazwanie ich rzeczownikami – powiedzenie, na przykład, „to jest fajka”. Rzecz raczej w tym, że jak na abstrakcję, w tym malarstwie wszystko jest zbyt konkretne. Powierzchnia płótna, farba, jej grube, reliefowe faktury, jej ściekanie, plamy i płaszczyzny, relacje kolorów, kompozycje form – to nie żadna abstrakcja. To rzeczywistość (malarska). Pawszak pragnie pokazać malarstwo, czynić je widocznym w tym sensie, abyśmy patrząc na obraz znów widzieli właśnie obraz, a nie cokolwiek innego, do czego dzieło mogłoby nas odsyłać.
W poszukiwaniach formalnych malarze wielokrotnie dochodzili „do ściany”, do skrajnych sytuacji, po których dalsze malowanie staje się praktycznie niemożliwe. Pawszak zdaje się wędrować tą samą drogą, tyle że w odwrotnym kierunku. To malarz, który nie kończy lecz zaczyna stojąc pod ścianą, wychodząc od formuły skrajnej, z miejsca, z którego jest już tylko krok do nie-malowania. Punktem wyjścia jest prawie nic: fragment namalowany na pustej powierzchni płótna. To jakby zaczynanie malarstwa zupełnie od nowa: każde pociągnięcie, każde skupienie farby, każdy gest staje się znów ważny, pierwszy, jak krok w nieznane – na przekór podejrzeniu, że rezultaty wszystkich możliwych malarskich decyzji zostały już sprawdzone przez poprzedników. Powierzchnia płótna, która wydawała się dawno odkrytym, gruntowanie zbadanym lądem, okazuje się jeszcze raz białą plamą na mapie wizualnych zdarzeń, pustym miejscem, które jeszcze raz domaga się wypełnienia przez malarską kartografię.
Stach Szabłowski




