artyści
Sławomir Pawszak
Uporczywość (2010)

„To nie jest abstrakcja”. W pierwszej chwili deklaracja Sławomira Pawszaka zbija z tropu równie skutecznie, co Magritte’owskie Ceci n’est pas une pipe. A jednak dzieło Magritte’a rzeczywiście nie jest przecież żadną fajką, tylko olejnym obrazem na płótnie. I podobnie jest z obrazami Pawszaka, które wyglądają podobnie do dzieł malarstwa abstrakcyjnego, ale nimi nie są. Nie chodzi tu nawet o zapewnienia malarza, który mówi, że maluje ze zdjęć i odnosi się w obrazach do bardzo konkretnych fragmentów rzeczywistości. To fakt, który musimy przyjąć na wiarę. W malarstwie Pawszaka nie rozpoznamy motywów na poziomie, na którym możliwe stałoby się nazwanie ich rzeczownikami – powiedzenie, na przykład, „to jest fajka”. Rzecz raczej w tym, że jak na abstrakcję, w tym malarstwie wszystko jest zbyt konkretne. Powierzchnia płótna, farba, jej grube, reliefowe faktury, jej ściekanie, plamy i płaszczyzny, relacje kolorów, kompozycje form – to nie żadna abstrakcja. To rzeczywistość (malarska). Pawszak pragnie pokazać malarstwo, czynić je widocznym w tym sensie, abyśmy patrząc na obraz znów widzieli właśnie obraz, a nie cokolwiek innego, do czego dzieło mogłoby nas odsyłać.

 

W poszukiwaniach formalnych malarze wielokrotnie dochodzili „do ściany”, do skrajnych sytuacji, po których dalsze malowanie staje się praktycznie niemożliwe. Pawszak zdaje się wędrować tą samą drogą, tyle że w odwrotnym kierunku. To malarz, który nie kończy lecz zaczyna stojąc pod ścianą, wychodząc od formuły skrajnej, z miejsca, z którego jest już tylko krok do nie-malowania. Punktem wyjścia jest prawie nic: fragment namalowany na pustej powierzchni płótna. To jakby zaczynanie malarstwa zupełnie od nowa: każde pociągnięcie, każde skupienie farby, każdy gest staje się znów ważny, pierwszy, jak krok w nieznane – na przekór podejrzeniu, że rezultaty wszystkich możliwych malarskich decyzji zostały już sprawdzone przez poprzedników. Powierzchnia płótna, która wydawała się dawno odkrytym, gruntowanie zbadanym lądem, okazuje się jeszcze raz białą plamą na mapie wizualnych zdarzeń, pustym miejscem, które jeszcze raz domaga się wypełnienia przez malarską kartografię.

 

Stach Szabłowski

Czterdzieści stopni w cieniu (2009)

Raptem rok temu Sławek Pawszak zwrócił uwagę na swoją twórczość prezentując dyplom malarski w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie. Koncepcja dużych, białych płócien, na których namalowane były jedynie niewielkie, swobodnie wycięte fragmenty rzeczywistości wyrosła na podglebiu  lektury "Fenomenologii"  Edmunda Husserla. Była to próba spojrzenia na rzeczywistość w sposób nazywany przez artystę  "trybem patrzenia beztroskiego turysty". Pawszak jednoznacznie określił swoje stanowisko wobec malarstwa: narracja go nie interesowała. Intrygują go same właściwości malarskiego medium - począwszy od materii farby, przez specyficzną czynność, jaką jest malowanie (nanoszenie farby) a skończywszy na dwuznacznej sytuacji w jakiej znajduje się obecnie malarstwo: z jednej strony działające nadal jak fetysz, z drugiej piętnowane jako staroświecki i zmurszały obszar współczesnego artworldu.

 

Na wystawę "Czterdzieści stopni w cieniu" składają się obrazy i obiekty, które powstały głównie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. W suszarni na 8 piętrze bloku, którą Pawszak zajmuje od kilku lat, nawarstwiły się ślady malarskiej aktywności; zadeptane plamy po rozlanej farbie i oleju, schlapnięcia, ślady wycierania pędzli, zdarte lub pocięte płótna i nieudane obrazy stojące pod ścianami. Tym pozostałościom po malarstwie Pawszak się przygląda i z czułością je portretuje.  Malarstwo w takiej sytuacji jest bytem narcystycznym i samożywnym. Całkowicie samowystarczalnym, więc pozbawionym zewnętrznych pretensji.

 

Artist statment (2009)

Malarstwo interesuje mnie jako medium samo w sobie - specyficzny rodzaj aktywności na polu sztuki.

Myślę, że obrazy nigdy nie mogą być jedynie tym, czym są. Zawsze muszą być uwikłane w jakiś kontekst - w malarstwie wszystko ma swoją wagę, każdy najmniejszy gest ustawia obraz wobec historii sztuki. Nie ma sytuacji neutralnej, zerowej - każdy sposób malowania jest nośnikiem znaczenia i malując nie sposób nie mieć tego świadomości. Tu już jest ciasno, wszystko wydaje się dawno zrobione, dlatego interesujące jest dla mnie szukanie pretekstu do pracy właśnie w tym medium.

Malarstwo pozostaje w dziwnym oddzieleniu od pozostałych mediów w wyniku tworzenia podziałów na malarstwo i niemalarstwo. Ciekawie pisze o tym Jacques Rancičre w eseju Estetyka jako polityka, definiując sztukę współczesną: "to, co przyszło w miejsce malarstwa […] to, co zajmuje przestrzenie, gdzie jeszcze niedawno oglądano powieszone na ścianach portrety". I jeszcze jeden fragment z tamtego tekstu bliski mojemu myśleniu: "malarstwo nie jest jedynie jedną ze sztuk. Jest to nazwa pewnego układu [dipositif] ekspozycji, pewnej formy widzialności sztuki".

Specyficzna forma widzialności, głęboko tkwiąca w świadomości społecznej. Ma ona wpisaną w siebie relacyjność i refleksyjność- fajne jest to, że prawie każdy "niewyrobiony" widz postawiony przed abstrakcją będzie doszukiwał się w niej fragmentów rzeczywistości.

W malarstwie jest coś w rodzaju ukrytej obietnicy znaczenia, w obraz wpisano domyślny element kontemplacyjności.

 

Moje nowe obrazy są przede wszystkim o malowaniu. Pokazują to, co powstało jako efekt uboczny przy tworzeniu poprzednich obrazów. Sportretowałem stojące w pracowni nieudane, zdarte płótna, odciski i plamy farby, oleju, zadeptaną podłogę. To wszystko, co jest świadectwem mojej wcześniejszej aktywności. Dobrym powodem do malowania wydaje mi się chęć sportretowania samego procesu malowania – najbliższej mi rzeczywistości. Podoba mi się taki zamknięty obieg, podoba mi się kruchość tego układu, formy podniesione dosłownie z ziemi. To swoisty recykling.

Nowe obrazy miały być kontemplacyjne - czuję niechęć do wikłania malarstwa w bieżące sprawy. Lubię w sztuce to, że nie musi być jednoznaczna. Lubię obiekty, które trzymają nas w niepewności, bo kojarzą się z czymś, czego nie potrafimy sobie do końca uświadomić. Lubię prace, które w pierwszym kontakcie wywołują poczucie zagubienia i bezradności.

Malarstwo jest pokryte jakby patyną, która tworzy z płótna rodzaj cokołu, na którym wszystko co zostanie wyeksponowane, staje się godne chwili uwagi. Powoduje to również, że w obrazach jest coś staroświeckiego, niedzisiejszego. Interesuje mnie moment kiedy coś nam się wymyka, lubię obserwować rzeczywistość nie zastanawiając się nad tym co widzę. Jest to sposób patrzenia który nazywam "trybem (mode) patrzenia beztroskiego turysty"

 

Sławek Pawszak