
W 1970 roku Larry Gottheim nakręcił prosty film: na jednenastominutowym ujęciu mgła powoli osuwa się z gór. W The Fog Line właściwie nic się nie dzieje; kadr jest prawie nieruchomy i mamy wrażenie, że oglądamy raczej fotografię, niż film. Początkowo całkowicie biały obraz stopniowo się zmienia i po chwili jesteśmy w stanie dostrzec górę i spacerujące konie. Film został nakręcony przy pomocy specjalnej soczewki spłaszczającej obraz oraz przez pryzmat podwójnej linii drutów wysokiego napięcia, które tworzą punkt odniesienia dla widza. W procesie patrzenia, to widz może stworzyć i skończyć pracę. Reaymond Foery tak napisał o Fog Line: to piękny przykład sztuki konceptualnej, coś pomiędzy bystrością, a mądrością, melodią w której dosłownie rzecz ujmując każda rama różni się od poprzedniej (jako że mgła ciągle opada). Jak różne elementy kompozycji – drzewa, zwierzęta, roślinność, niebo, tak również bardzo ważna emulsja, ziarno samego filmu – kontynuuje faworyzowanie jednych nad innymi, podobnie jak robi to zapis muzyczny utworu. Jakość światła, tonalność samego obrazu dodaje niezwykle do misterności i zadowolenia; kiedy praca się powoli odkrywa, mgła unosi się, film przewija, kompozycja statyczna jednocześnie płynna rama, dynamiczna, niesamowicie kinetyczna…
Podobne ujęcie możemy odnaleźć w pracach Doroty Buczkowskiej, La montagne blanche, 2007 oraz w projekcie Alibi, 2010. Na pierwszy rzut oka, pomiędzy tymi dwoma filmami a The Fog Line jest tylko niewielka różnica oparta na pikselach, kolorach czy rozdzielczości. Czy rzeczywiście tylko wpływ techniki decyduje o różnicy? Patrząc na twórczość Doroty Buczkowskiej od jej początków, można dostrzec pewne cechy wspólne dla okresu, który nazwałabym po prostu cyrkulacją. W tych cyrkulacyjnych projektach, zawsze był jakieś rodzaj przepływu, ruchu, rotacji, powtarzalności, pojawiający się na różnych poziomach. Mogło to być coś tak dosłownego jak tytuł – Cyrkulacje, 2004 (rysunki przedstawiające skomplikowane instalacje czy postaci z różnymi ściśle ze sobą powiązanymi elementami), forma – Transfuzja, 2008 (dwa przeźroczyste dmuchane krzesła złączone ze sobą rurką i wypełnione wyglądającą jak krew substancją), materiał – Aorta, 2003 (czerwona rura przechodząca przez budynek), kształt – Dom ryb, 2005 (rysunki ukazujące instalacje o rybich kształtach, z wewnętrznie powiązanymi organami i rurkami), powtarzalność - jak w Urodzinach, 2004 (cukierki przypominające płód rozrzucone w dużej ilości na podłodze), czy struktura – Klimatyzacja, 2006 (animacje, filmy i obrazy pokazujące mapy meteorologiczne wraz z ich cyrkularnymi liniami i kształtami).
Czym jest tak naprawdę cyrkulacja? Czymś bez początku i końca, bez linii prostej, ciągłym ruchem czy stawaniem się, stanem, poziomem, powtórzeniem z różnicą, ideą, zmianą, metodą pracy artystycznej. W cyrkulacji zawarty jest strach w stosunku do wszystkiego co stałe, albo przynajmniej niechętne uczucie do stabilności; też miejsce na przypadek. Mamy tylko chwilę, aby przyjrzeć się teraźniejszości, stąd jawi się ona zawsze jako płynna i niepewna. Cyrkulacja to też domniemana nadzieja (lub strach), że nic nie istnieje na zawsze, że zmiana wpisana jest w każdą drobną rzecz. Jeśli wszystko znajduje się w cyrkulacji, czy jesteśmy – jako postrzegający podmiot - punktem odniesienia, istotnym elementem aby ukończyć pracę? Cyrkulacja jako metoda artystyczna przypomina koncepcję percepcji Merleau-Ponty’ego, w której postrzegany przedmiot zanurzony jest w sekretnym życiu, a percepcja jako jedność rozpada się i ponownie powstaje. Powinniśmy mieć tylko abstrakcyjną treść świadomości, tak długo jak długo wstrzymujemy się od pójścia za aktualnym ruchem przez który świadomość ponawia w każdej chwili własne operacje, skupia, koncentruje się na identyfikowalnym obiekcie, stopniowo przechodzi od „widzieć” do „wiedzieć” i osiąga jedność własnego życia.
Ta jedność jest raczej odczuwana niż rozumiana. Materiał zostawiany stopniowo w naszej pamięci formuje bazę obrazów z jednocześnie indywidualnym i generalizującym odniesieniem, jako coś pomiędzy reprezentacją a rzeczą – mówiąc w bergsonowskiej terminologii. Obrazy mogą istnieć bez bycia postrzeżonymi, mogą być również obecne, bez bycia danymi – inność obecności względem przedstawienia czyni materię widoczną. Dla Bergsona L’image presente czy inaczej obiektywna rzeczywistość nie byłaby tym samym co przedstawienie obrazu, jako że to ostatnie, nie ma wpływu na inne obrazy. Przedstawienie jest więc możliwością izolacji. Czy rzeczywiście? Tradycyjne, racjonalne myślenie w konceptualnych opozycjach, czyni z wykluczonej części ofiarę i odrzuca tym samym marginesy myślenia; ale wykluczona część – cokolwiek nią jest - zostawia ślad. Aby odnaleźć ślady, należało by zacząć myśleć w sprzeciwie do opozycyjnego myślenia, nauczyć się widzieć w marginesach.
Okres cyrkulacji stopniowo się zmienia. Interror, 2008 faktycznie terroryzuje wraz ze swoim zimnym i precyzyjnym odmierzaniem – procesem tworzenia bomby. Destrukcja, jak wskazuje nam to prefix in nie nakierowana jest na zewnątrz, ale do wewnątrz. Napięcie musiało w końcu zostać rozładowane. Pękło – z silnym i całkowitym zaangażowaniem w instalacji Entre l'état de la materie, 2008. To co widzimy to urwana lina zwisająca z sufitu i rodzaj balonu, kuli leżący na ziemi z jej oderwanym fragmentem. Nie ma nic, co można by dodać do tej pracy, nic co można by ocalić: żadnego ruchu, żadnego powtórzenia, żadnej cyrkulacji. Wszystko jest tu – dokonane i nieodwracalne. Widz jest tylko w pozycji milczącego świadka zdarzeń tragedii, która wydarzyła się poza jego wzrokiem i czasem. To co tu, to tylko przeszłość – w jakiś sposób zaakceptowana i oswojona. Poczynając od tej pracy, cyrkulacja jako taka jest obecna, ale nie jako egzystująca rzecz, czy metoda artystyczna, ale raczej echo przeszłości, melodia która czasem tkwi w naszej głowie i nie wiemy ani skąd, ani dlaczego. Późniejsze prace, takie jak lateksowa rzeźba o bąblowym organicznym kształcie mają w sobie więcej precyzji, determinacji i konsekwencji niż przypadku. Wspomniana praca, dotknięta, jest jednocześnie obrzydliwa i miękka. Ta ambiwalencja daje jej podwójne znaczenie – zapraszające i dystansujące. Plamy, 2010 posługują się również dwuznacznością; białe koszule umieszczone na ścianie z malunkami pornograficznych scen wykonanych czerwonym winem mają w sobie coś niepokojąco erotycznego. Wino przywołuje czas relaksu, ale tu, na białych koszulach, pierwsze skojarzenie związane jest z krwią. Ból nie płynie jednak stąd. To raczej rozmiar i ilość całej instalacji, która pozwala nam zapomnieć o erotyczności jako intymnej, personalnej i indywidualnej i robi z niej rzecz w ogóle - być może jest źródłem przyjemności na tej samej zasadzie na jakiej pijemy wino. W listach miłosnych (encefalogramy orgazmu), 2009 jest tylko linia - żadnej ekscytacji, sam proces. Miłość i orgazm (nie jestem pewna czy nie ma pomiędzy nimi znaku równości) mogą być doświadczane w sposób czysto techniczny. Ten artystyczny okres Doroty Buczkowskiej, który zaczął się wraz z Entre l'état de la matière, nazwałabym racjonalnym rozproszeniem. Obecne jest w nim ciągle uczucie czy pamięć po cyrkulacji, ale nie istnieje ona jako praca, główny motyw, ale wspomniane echo. Za racjonalnym kryje się ostrożna, dokładna analiza i praca, pewien rodzaj zaplanowanej struktury, którą nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć, ale wiemy o niej, że istnieje. Rozproszeniem, ponieważ pomimo racjonalnych domniemań i założeń, efekt wcale nie jest racjonalny, ale rozbija znaczenie na wielość marginesów i punktów; nie ma znaczenia głównego czy najważniejszego, funkcjonują one wspólnie na różnych poziomach i hierarchiach.
Larry Gottheim nakręcił The Fog Line w czasie dominacji sztuki konceptualnej i eksperymentów z kamerą. Kiedy patrzę na ten fragment, mam wrażenie, że w pewnym sensie jest on auto-referencyjny i więcej mówi o metodzie i czasie w którym został nakręcony, niż o ujęciu jako takim. Filmy Doroty Buczkowskiej La montagne blanche, Fog Line czy Alibi, są natomiast bardziej odczuwane niż o czymś. Nie ma w ich ciężaru gry z konceptualizmem i nową techniką. Nowy kontekst zmienia również możliwości interpretacji.
Projekt Alibi należy całościowo do okresu racjonalnego rozproszenia. To, co widzimy, nie dzieje się tu, tylko gdzie indziej: w nieruchomym kadrze kamień nagle płynie z prądem rzeki, styropianowy śnieg pada w wysokich górach, mgła zapełnia ekran wszechogarniającą bielą. Trzeba być bardzo uważnym, aby w tej nieobecnej strukturze znaleźć miejsce dla tego, kto obserwuje; przedstawienie w tym filmie Doroty Buczkowskiej nie jest odwzorowaniem rzeczywistości ani jej dopełnieniem, zatapia się w obrazie i tworzy kolejną warstwę – w końcowym stadium nierozróżnialną od tego, co zwykło się uważać za naturalne. Mityczny porządek reprezentacji i początku zostaje zniesiony: obserwujemy kolejne warstwy nakładane na siebie z milczącą obecnością kamery. Czy za nią ktoś stał? Czy był gdzie indziej?
Historia sztuki opowiada historię wzroku i sposobu patrzenia jako powtarzanej narracji dominacji. Aby ją przerwać, należało by nauczyć się patrzeć inaczej. W różnorodnych ramach pokazywanych przez artystkę: filmach video, rysunkach, pustej wizualizacji, zawarta jest nowa metoda percepcji zgoda z myślą Merleau-Ponty’ego, iż nie ma nic trudniejszego, niż wiedzieć naprawdę co się widzi. Najpierw trzeba się nauczyć patrzeć. Zapomnieć ani pozbyć się istniejącego dyskursu nie możemy, ale możemy, a nawet musimy w wielu warstwach nakładającej się coraz to nowej rzeczywistości znaleźć coś, co jej się oprze, coś, co mimo braku źródłowego obrazu okaże się choć na chwilę jeśli nie prawdziwe, to ważne dla nas. Szkice skał mogą przedstawiać papier, bądź skałę. Biały styropian rozwiewany na wietrze do złudzenia przypomina śnieg i tracimy pewność, nie tylko co do tego, co gdzie indziej, ale również do tego, co tu. W pracy Buczkowskiej czas przesuwa się z linii do okręgu, ale nie ze względu na powtarzalność, ale bardziej na brak możliwości zaznaczenia miejsca i punktu, w którym widz właśnie się znajduje. Przestrzeń w ten sposób staje się nieograniczona - nie koncentruje się tylko w kadrze bliżej niesprecyzowanego tu, ale rozciąga na miejsce w ogóle, na refleksję o miejscu i przynależnemu mu spojrzeniu. Wzrok powraca do nas i my patrząc stajemy się obecni. Współczesne przepisywanie mimesis nie rozpoczyna się w rzeczywistości, ale w samej strukturze wzroku i jego zależnościach. Dychotomia natury i kultury powielana i utrzymywana przez racjonalny dyskurs nie rozpada się już w dialektycznej grze pojęć, ale wzdłuż spoin. To co naturalne i sztuczne traci sens wobec tego, co się widzi; naturalne ma strukturę sztucznego i na odwrót. Nie jesteśmy w stanie podać ani zrozumieć logiki i matrycy przekształceń, pozostaje nam tylko stać się obecnym wobec obrazu. Prosta estetyka i pozorna oczywistość ma w sobie coś pięknego i jednocześnie absolutnie przerażającego. Kto napisze nową historię wzroku?
Zofia Maria Cielątkowska